Adwent

Wszystko, co dotyczy funkcjonowania naszej parafii. Uwagi, propozycji, recenzje (oczywiście pochwalne) kazań, a także zwykłe pogaduchy

Adwent

Postprzez Renata on 20 Gru 2008 23:02

Szczęść Boże :)

Mam na imię Renata, nie jestem z tej Parafii, link dostałam od znajomego, weszłam, zobaczyłam, że jest forum, a że kocham pisać... więc chcę tu popisać trochę. Czy mogę tu pozostać....?

Pierwsza świeca...

Mt 24, 37-44

" ... Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie.
... bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie."



...przychodzisz do mnie Panie i milcząc patrzysz czy jestem w Tobie zatonąć gotowa...

...dziś, na Ołtarzu zostanie zapalona pierwsza świeca... "Nie lękaj się z ufnością oczekiwać Boga. On jest dobry"

Boże... moje oczekiwanie na Ciebie... muszę stanąć twarzą w twarz sama ze sobą, ujrzeć siebie w lustrze mych uczynków, w lustrze wiary. Boże, proszę, aby to odbicie nie było wykrzywione...

...na Ołtarzu zapłonie pierwsza świeca... Już Adwent...czas oczekiwania, czas budzenia się ze snu, to czas kiedy zaglądamy do naszego wnętrza, kiedy to odświeżamy zakamarki naszego serca... jakże często te, które zostały kiedyś skrzywdzone... które chowają w sobie ból. Ale to czas nie tylko na poszukiwanie w sobie zła, winy, bólu... ale to czas na ujrzenie wokół nas dobra, ludzi nam życzliwych, których kilka dni temu nie przyszłoby nam do głowy, że są, istnieją... a jednak są... i to w tym czasie, kiedy to już na Ołtarzu zapłonie pierwsza świeca, oświetli naszą drogę oczekiwania na Tego, co delikatnym brzmieniem zimowej nocy wejdzie w nasze serca.

JA... kolejny już raz podejmę swe wyzwania, i jak co roku rozpocznie się mój czas czuwania od Konferencji Życiodajna Śmierć. Kiedy 2 lata temu brałam w niej udział, dziwiłam się dlaczego taki tytuł... bo jakże śmierć może dać życie. Jechałam na tę Konferencję z wielkim swym bólem, bo 8 miesięcy temu odeszła moja córka, ból mieszał się z wielką niewiadomą - jakich tam ujrzę ludzi, czy zdobędę się na odwagę aby powiedzieć o śmierci Ani, jak mnie przyjmą, taką normalną, zwykłą matkę w żałobie...? Przeplatanka uczuć połączoną z wielką ufnością do Boga. A tam... wielkie zwycięstwo Maleńkiej Miłości, tej Okruszyny, która przemieniła wiele serc.

I ja dziś... kiedy za oknem jaszcze noc, cisza.... dla zdrowych, normalnych ludzi to czas snu, odpoczynku, a ja ze zmęczonymi dłońmi od pracy piszę... czego oczekuję? A może czego pragnę? Jednego na pewno - rozmowy z Bogiem, bo tylko tak potrafię z Nim rozmawiać... usiąść w blasku lampki i rozmawiać... czuwać, nadsłuchiwać Jego kroków, spoglądając z utęsknieniem w okno, czy ujrzę tam cień mego Pana... czekam i piszę...

...i zapłonie świeca... blaskiem ogrzeje tysiące serc czekających z utęsknieniem na ten mały okruszek Miłości, ileż to znów serc się przemieni... matka ujrzy swe dziecko - piękniejsze tego dnia niż wczoraj... piękniejsze bo otulone Bogiem.... a może ojciec - bardziej odczuje tęsknotę syna za jego miłością? A może spracowana matka - zgarbiona od trosk, poczuje ciepły dotyk swego dziecka i cichy szept "kocham Cię mamo". A może mąż, żona wtuleni w swe ramiona nawzajem powierzą siebie Bogu, swe troski, problemy, pragnienie dziecka....oddadzą się Jemu - Wielkiej Miłości?

...ogrzeje serca stęsknione, serca zimne, serca skamieniałe... ogrzeje, doda sił, aby odważniej spojrzeć na siebie, aby przygotować się na to Spotkanie... aby z radością spoglądać w Niebo.

Boże... otulona ciepłem Twego spojrzenia, spoglądam na siebie... zmagam się codziennie ze swym życiem...w pędzie zjedzona kanapka, bo biegiem do pracy, potem dom, synowie.... i już następny dzień. Po drodze pogubione marzenia, pragnienia... zakurzone wspomnienia. Jakaś znajomość, na którą zabrakło mi już czasu, a może i chęci aby ją pielęgnować... a ten ktoś wciąż czeka na moja rozmowę... Boże, ile to muszę jeszcze w sobie zmienić, ile jeszcze muszę z siebie dać i nie oczekując nic w zamian...? Podejdę Boże do świecy, zaczerpnę z niej siły aby móc z wielkim zapałem, wejść w ten czas. Zaproszenie już mi wysłałeś... czas już go otworzyć... i tak żyć, aby codziennie przybliżać się ku celu, ku Tobie. Teraz na mnie czas, aby wykonać krok ku Tobie. Przygotować swe serce na spotkanie z Tobą, odrzucić od siebie to, co mnie niepokoi, oddala, zaślepia... i bardziej Ci zaufać, i bardziej ukochać.

Boże... ja czekam...czuwam...

"...a oto wszystko rodzi się nowe." 2 Kor 5, 17

Cdn...

Renata
Renata
 
Postów: 5
Dołączenie: 20 Gru 2008 22:51

Re: Adwent

Postprzez Renata on 21 Gru 2008 07:47

Druga świeca...


Mk 1,1-8

"...Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki."

...gdy noc aż po świt krzyczy zwątpieniem i na próżno wyczekiwać wschodu słońca chwytasz w swe dłonie dawno gdzieś zasłyszane słowa: gdy milczy wiara i umiera nadzieja trwa jeszcze miłość.

Kilkadziesiąt lat wstecz... Lato, na podwórku wielkie sprzątanie, wymiatanie kamyków, zasypywanie dołków, podwórko wygląda jak klepisko...ubite, gładkie, bez drobnych kamyków... Bo, paluszek będzie się uczył chodzić, będzie tu stawiał swe pierwsze kroki, będzie się przewracał, upadał... ale będzie wytrwale uczył się stawiać swe nieporadne kroczki, aby potem już biegać... Nadchodzi nowe... nowy potomek rodziny... ktoś, kto absorbuje cały dom ...droga już przygotowana.

Może, nie tak przygotowanej drogi chce od mnie Bóg... może, nie takiego klepiska potrzebuje... ale wiem, że mam Mu przygotować drogę. Drogę ...do mego serca. Jest już Adwent...to czas, jak mówiła Matka Teresa z Kalkuty to czas ciszy, to w tej ciszy mam przygotować drogę. Trudne to zadanie. Skupić się nad sobą, zajrzeć w głąb siebie... skupić się przede wszystkim nad swoim działaniem, nad swoimi myślami... wejść tam, gdzie na co dzień wydaje się mi to nie możliwe, wręcz niewykonalne. A jednak... Ktoś tego ode mnie wymaga... potrzebuje mego przygotowania. Nie mogę zawieść, nie mogę kolejny raz powiedzieć, że tego nie potrafię, że to dla mnie jest trudne. Nie mogę - bo ja to chcę, bo ja to chcę zrobić.

Dlatego zaczęłam pisać to rozważanie od tego obrazku z mego dzieciństwa. O podwórku, o wymiataniu tych kamyczków. Bo takimi kamyczkami na mej drodze życia są moje grzechy, to moje potknięcia, moje upadki te małe i te duże. Jest ich pełno na tej drodze. To jakieś uwagi, aluzje do drugiego człowieka, to złe słowo, to podniesiony glos, to wyciągnięta ręka na dzieci, do kolejna łza w oczach mych rodziców ...to są moje kamyki, ranią me stopy...ale nie tylko me... zranią też stopy Jezusa... musze je wymieść z drogi, którą On będzie szedł do mnie. Ale miedzy tymi kamykami są też kamyki "trudności" mych trudności, mej walki o jutro... to kamienie mego cierpienie... je też mam uprzątnąć... ale zrobię to, nie wyrzucając ich, a gładząc ich brzegi ostre - zapominając to, co mnie bolało, wybaczając tym, co mnie skrzywdzili, ucząc się, że miłość jest, że tylko ona pozostała, że słowo "kocham" nie daje cierpienia. Trudne zadanie mam do wykonania. Obym zdążyła w tej ciszy przygotować drogę. Czasu jest już nie wiele...

Dziś zapłonie na Ołtarzu druga świeca... dziś już zaczynam prostowanie mych ścieżek... dla Niego. Usuwam kamyki z pod Jego stop, chcę aby droga do mego serca była czysta, tak jak i me serce. Chcę aby te święta były inne od tych co były. Tak wiele się wydarzyło przez ten rok, tak wiele dało mi to wiary w siebie ...ale i wiary w drugiego człowieka. Nowa praca - nowe możliwości... nowe zadanie. Odzyskanie siebie na swej drodze życia... tak mogę nazwać to, co było, to, co teraz dało taki owoc... trudna to praca, ale nie ukończona jeszcze... to tylko półmetek, ale mogę już powiedzieć, że warto było podjąć taki trud, odzyskiwanie siebie po kawałeczku jest wspaniałe... widzieć jak cieszą się synowie, że mama wróciła, widząc jak mama nie ociera już łez ukradkiem...jak nie martwi się już o mnie...widzieć...że świeci słońce... to są te małe miłości, których przedtem nie dostrzegałam...nie umiałam nawet tego dostrzec...musiałam tego się uczyć... teraz to już wiem, że to jest moje życie, że to moje życie ma początek w Nim i zawiera się w Nim... i że moja droga będzie dla niego piękna... On tylko wie...jaka to droga. Boże... płomyk drugiej świecy jest taki jeszcze młody, dopiero zaczął płonąc... spala się druga świeca...powoli, powoli...wosku ubywa... ubywa też i mego czasu. On czeka...

Płonie już druga świeca...

Mały Chrystus smutny w drzwi patrzy i czeka, by pośród witających zobaczyć człowieka. (Jerzy Liebert)


Płoną już trzy świece...

...Płoną świece... już trzy.

Tak szybko mija czas wypełniony oczekiwaniem, tęsknieniem... czas wypełniony pracą nad sobą. Bo, to ja mam przygotować się na nadejście Tego, co przemienia Czas, co nadaje życiu bieg, nadaje sens mym dniom.

Czekać... Ale jak?

Czekać pracowicie czy czekać z założonymi rekami? A może czekać z myślami, że i tak to przyjdzie, przecież przychodzi to co roku, zapominając w tym ferworze przedświątecznych zakupów, sprzątania o tym, co najważniejsze, o tym, co tak naprawdę jest istotą tych Świąt.

A może czekanie... takie inne, takie z zadumą nad samym sobą. Bo to Ktoś przychodzi do mnie, do mego serca, a nie do wysprzątanego mieszkania, suto zastawionego stołu. To ja będę przecież tym miejscem gdzie ten Ktoś zamieszka. Piękne są słowa, gdzieś odszukane, mówiące o tym, że Jezus narodził się w stajence, ale i czy w moim sercu? Zadałam sobie to pytanie, dziś, kiedy to na ołtarzu płoną już trzy świece... tak mało czasu już zostało, czy zdążę? Czy zdążę przygotować siebie? Tu nie wystarczy umyć okien, zawiesić czyste firanki, wytrzepać dywan... Ubrać choinkę, ugotować bigos... tu trzeba czegoś więcej, a może tylko odrobinę...?

...gdy płonęła druga świeca, byłam na Konferencji naukowej Życiodajna Śmierć... to była lekcja, dla mnie to była szkoła wrażliwości na drugiego człowieka. Zdałam sobie sprawę, że tak często pomijam tego człowieka. Myślę tylko o sobie, o swoich uczuciach, o swoim życiu, nie zauważając, że obok mnie też żyją inni. Zaduma nad swym losem wplecionym w los innych... tak mogę streścić tę Konferencję. Dała mi wiele... dała mi to, że po powrocie do domu, powiedziałam mym synom, że ich kocham, że jesteśmy ważni w tym życiu... że życie jest piękne jakiekolwiek ono by było, jakże ważna jest obecność tego drugiego człowieka. Nie wystarczy powiedzieć Jestem, trzeba jeszcze być. Być dla innych, wyjść poza siebie, poza swój okręg. I to się działo wtedy, kiedy płonęła druga świeca, kiedy to był półmetek mego oczekiwania, mej pracy nad sobą. Ten czas nie mi oceniać... ocenia to ci, dla których mówię Jestem...

A dziś... płonie już trzecia świeca. Zostało tak nie wiele czasu... Ktoś by powiedział "o matko tylko tyle, nie zdążę, jeszcze tyle spraw na głowie..." Zdążymy... Ktoś jeszcze powiedział inny, że czekamy na to cale życie, że swym całym życiem przygotowujemy się na to spotkanie. Pewnie tak. Ale teraz mamy ten wyjątkowy czas... Czas, który zbliża nas do Szopy, zbliża nas do miejsca, gdzie pójdziemy...przystaniemy, uklękniemy... i co? Co powiemy? Co ja... Mu dam? Jaka będę na to spotkanie, w co się ubiorę... jak ubiorę swe serce...? Takie banalne pytania, ale ile dają do myślenia.

Czas... a może tylko jedna chwilka, może tylko tyle potrzeba aby jeszcze w sobie coś zmienić, aby coś naprawić... aby podać komuś swą dłoń, powiedzieć Jestem, uśmiechnąć się, a wtedy naprawdę słońce wyjrzy za ciężkich gradowych chmur... świat napełni się kolorami tęczy... będzie miłość. I wtedy ta mała Dziecina nie narodzi się tylko w ubogiej Szopie... ale w naszych. .w moim sercu.


Amen.

Renata
Renata
 
Postów: 5
Dołączenie: 20 Gru 2008 22:51


Powróć do Parafia

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] oraz 6 gości

cron